Co właściwie oznacza powiedzieć drugiemu człowiekowi „TAK”?
Być może pierwsze skojarzenie prowadzi nas do relacji, do decyzji o wspólnym życiu, do małżeństwa. Ale „TAK” dla drugiego człowieka zaczyna się znacznie wcześniej i jest czymś głębszym niż sama deklaracja pozostania z kimś. Jest sposobem patrzenia na drugą osobę. Jest dostrzeżeniem jej wartości, jej wyjątkowości i tego, co może w niej wzrosnąć.
W ujęciu Viktora Frankla miłość nie jest jedynie uczuciem. Jest szczególnym sposobem spotkania drugiego człowieka. Pozwala zobaczyć go nie tylko takim, jakim jest w danym momencie, ale również dostrzec jego potencjał. To trochę tak, jakby zobaczyć w drugim człowieku coś, czego on sam jeszcze być może nie potrafi dostrzec.
Dlatego miłość mówi: „Widzę Cię”.
Nie tylko Twoje zalety. Nie tylko to, co mi się w Tobie podoba. Nie tylko to, jak się przy Tobie czuję. Widzę Ciebie jako osobę posiadającą własną wartość, własną drogę, własne możliwości i własną wolność.
To właśnie odróżnia miłość od samego zakochania. Zakochanie może pojawić się samo. Towarzyszy mu zachwyt, fascynacja, tęsknota, potrzeba bliskości. Miłość natomiast potrzebuje również naszego udziału. Jest związana z decyzją, z intencją skierowaną ku drugiemu człowiekowi i jego dobru.
Można więc powiedzieć, że miłość jest pewnym „TAK”.
Nie oznacza ono jednak: „Akceptuję wszystko, co robisz”. Nie oznacza zgody na krzywdę, przemoc czy przekraczanie granic. Możemy powiedzieć „TAK” osobie, a jednocześnie powiedzieć „NIE” jej konkretnemu zachowaniu. Możemy kochać człowieka i postawić mu granicę. Możemy troszczyć się o jego dobro, a jednocześnie zdecydować, że nie chcemy pozostawać w relacji, która nas niszczy.
„TAK” dla drugiego człowieka nie jest więc rezygnacją z siebie. Jest uznaniem jego wartości.
I właśnie tutaj pojawia się ważne pytanie: czy potrafimy kochać bez posiadania?
W relacjach bardzo łatwo przekroczyć tę granicę. Zaczynamy oczekiwać, że skoro ktoś jest z nami, powinien być taki, jakiego go potrzebujemy. Powinien odpowiadać na nasze potrzeby, spełniać nasze oczekiwania, zachowywać się w określony sposób. Wtedy coraz mniej widzimy człowieka, a coraz bardziej to, co chcielibyśmy od niego otrzymać.
Pojawia się myślenie: „Co ja będę z tego mieć?”, „Czy on daje mi wystarczająco dużo?”, „Czy ona jest taka, jakiej potrzebuję?”.
Druga osoba zaczyna wtedy funkcjonować w naszym życiu niemal jak coś, co powinno spełniać określone wymagania. A przecież człowiek nie jest przedmiotem, który można posiadać.
Kochać nie znaczy posiadać.
Można być bardzo blisko i jednocześnie zostawić przestrzeń. Można troszczyć się i nie zawłaszczać. Można kochać i pozwalać być. Drugi człowiek nie przestaje być sobą tylko dlatego, że zdecydował się iść z nami wspólną drogą.
Co więcej, nie możemy posiadać również czyjejś miłości. Bycie kochanym jest darem. Nie można go wymusić, zagwarantować ani domagać się go jako czegoś, co nam się należy. Możemy natomiast pytać samych siebie: czy ja potrafię kochać?
To pytanie zmienia perspektywę.
Zamiast nieustannie zastanawiać się: „Czy jestem kochana?”, możemy zapytać: „Czy potrafię kochać?”. Zamiast: „Dlaczego on nie robi dla mnie tego, czego potrzebuję?”, czasem warto zatrzymać się przy pytaniu: „Co mogę zrobić dla niego?”. Nie chodzi o to, żeby zawsze ustępować czy zapominać o własnych potrzebach. Chodzi o wyjście poza nieustanną koncentrację na sobie i skierowanie uwagi ku drugiemu człowiekowi.
I właśnie dlatego miłość może wyrażać się w bardzo małych rzeczach. W wysłuchaniu kogoś po trudnym dniu. W odłożeniu telefonu i prawdziwej obecności. W zrobieniu czegoś, o co druga osoba nawet nie poprosiła. W powstrzymaniu słów, które mogłyby zranić. W zauważeniu zmęczenia drugiego człowieka. W pozwoleniu mu odpocząć. W zwyczajnym: „Widzę, że jest Ci dzisiaj trudno. Jestem”.
Nie zawsze potrzebujemy wielkich gestów, żeby powiedzieć drugiemu człowiekowi „TAK”. Czasem właśnie te najmniejsze decyzje pokazują, że naprawdę go widzimy.
Miłość potrzebuje również wolności. To jeden z jej największych paradoksów. Im bardziej próbujemy zatrzymać drugiego człowieka przy sobie, tym bardziej zaczynamy niszczyć przestrzeń, w której miłość może istnieć. Można przecież bardzo mocno trzymać coś w dłoniach, a jednocześnie sprawić, że przestanie żyć.
Dlatego prawdziwa bliskość nie polega na tym, że druga osoba musi być całym naszym światem. Bliskość może oznaczać wspólną drogę, wzajemną troskę i obecność, ale także przestrzeń na własne zainteresowania, decyzje, relacje i rozwój. Dwoje ludzi może iść razem, nie przestając być dwiema odrębnymi osobami.
Najtrudniej o taką wolność wtedy, gdy drugi człowiek zaczyna wybierać inaczej, niż byśmy chcieli. Możemy kochać kogoś, widzieć jego wartość i chcieć jego dobra, a mimo to nie mieć wpływu na jego decyzje. Drugi człowiek może powiedzieć „nie”. Może odejść. Może wybrać inną drogę.
I właśnie wtedy szczególnie wyraźnie widać różnicę między miłością a posiadaniem.
Posiadanie mówi: „Musisz zostać, bo ja tego chcę”.
Miłość potrafi uznać: „Nie chcę, żebyś odchodził. Będę cierpieć. Ale nie odbiorę Ci Twojej wolności”.
Nie jest to łatwe. Czasem wymaga zgody na stratę, przebaczenia i pozwolenia, by pewien etap życia się zakończył. Nie oznacza jednak, że to, co było dobre, przestaje mieć znaczenie. Relacja, która się kończy, nie musi unieważniać dobra, które wydarzyło się w jej trakcie.
Bo miłość nie polega na tym, że drugi człowiek należy do nas na zawsze.
Polega na tym, że w czasie, który został nam dany, potrafimy powiedzieć mu swoje „TAK” – widząc jego wartość, chcąc jego dobra i szanując jego wolność.
Może właśnie dlatego warto czasem zatrzymać się i zapytać siebie nie o to, czy drugi człowiek wystarczająco dobrze odpowiada na nasze potrzeby, ale o coś znacznie prostszego:
Czy moje dzisiejsze zachowanie jest moim „TAK” dla drugiego człowieka?
Bo miłość nie zawsze zaczyna się od wielkich decyzji.
Czasem zaczyna się od najmniejszego „TAK”, które wybieramy w zwyczajnym dniu.
Adrianna i Kamil
